Tytus stał z dwoma innymi na podjeździe pod Żabką.
To miejsce zawsze wyglądało, jakby miało dopiero powstać. Podjazd niczym mały port przeładunkowy nagiej egzystencji, każdy na własnej trajektorii, jak gdyby zasady tu nie funkcjonowały, tylko odruchy i działalność ad hoc. Na ziemi mieszały się warstwy: piasek, sól, błoto, stare plamy po oleju, świeże rozchlapanie po deszczu. Kostka brukowa była posiekana śladami opon, w fugach stała czarna woda, a przy krawężniku leżały resztki — zgnieciona puszka, paragon, dwa wkłady od e‑papierosa, reklamówka przyklejona do mokrego betonu jak skóra. Hieroglify ubogich.
Drzwi sklepu co chwilę puszczały ciepły podmuch parówek i kawy z automatu, a neon brzęczał, przygasając na ułamek sekundy, jakby ktoś mu nie domknął styku. Charakterystyczne fluorescencyjne światło nad wejściem waliło zielenią w twarze trzech chłopaków.
Tytus spojrzał na Kseba. Jego twarz w świetle neonu wyglądała jak niedopieczone ciasto – rozlana, pozbawiona konturów, z tępym wyrazem błogostanu, jaki daje tanie zioło. Jak zawsze gdy trochę się najarał zaczął mówić coś o systemie i jak naprawdę wierzy, że ominie go bokiem.
„Człowiek z głową zawsze sobie poradzi”
„Jak będzie przypał, to się przeniesie gdzie indziej”
„Każdy ma swoją szansę, trzeba tylko trafić na swój moment”.
Podawał przykłady jak kupony zdrapek: kolega, co „z dnia na dzień wrzucił filmik i mu siadło”, znajomy znajomego, któremu „szef zobaczył, że się stara, i go wyciągnął na magazyniera z premią”.
Te historie świeciły mu w oczach jak neon nad wejściem, za jasne, by zobaczyć, ile ciemności jest dookoła.
A jednak, gdy mówił o „systemie”, jego słowa wydawały się być jak zużyte monety, wytarte z nominałów, brzęczące bez wartości — słyszane setki razy bez żadnej kontynuacji.
Tytus poczuł nagle ciężar w kieszeni kurtki. Nie był to telefon, ale coś gęstszego. To tam, w szwach taniego poliestru, zalęgło się dziedzictwo jego ludu. Zapakowany w aluminiowe złoto zaklinacz czasoprzestrzeni. Choć zmieniał formę jego funkcja przez lata pozostała taka sama – pomóc znieść potworność tego świata. Drogocenny gram marihuany, jedyny luksus na jaki można sobie tu pod Żabką pozwolić.
Zaciągnął się. Dym był ciepły i gryzący tak zwany kaszlak. I nagle — zamiast błogości — przyszła księgowa życia i zaczęła zadawać nie wygodne pytania. Nie w słowach, tylko w obrazach, jakby ktoś przewijał mu slajdy pod powiekami.
Patrzył na nich i widział swojego ojca, oraz ojców, i ojców swoich ojców. Ten sam śmiech, ta sama duma z byle powodu, ta sama pewność, że „jakoś będzie”. Cały ten łańcuch pokoleń, w którym nieszczęście nie było wypadkiem, ale systemowym kosztem wpisanym w ich egzystencje. Pamiętał też opowieści tłoczone mu do głowy w szkole, w filmach i w książkach od dziecka: Jesteś wolny, Tytus. Jesteś nowym pokoleniem, możesz wieść życie takie jakie sobie wymarzysz, wreszcie zrównasz się Panom.
Spojrzał na swoje buty. Były brudne. Brud nie był jednak przypadkowy – to ciężki osad trudu życia, pył z butów jego dziada, chama, który przekazał mu w genach tępą siłę oraz umiejętność przetrwania na kolanach. Miał wrażenie, że są po kimś: skóra wygnieciona w jednym miejscu, szwy przyprószone solą, noski starte do tępego połysku. Brud był wielowarstwowy — pył z klatek, błoto z chodników, tłusty nalot z cudzych podłóg — ubity tak, że wyglądał jak trwała powłoka. Ten brud to nie jest opowieść o jego drodze, tylko o ruchu powtarzanym całymi latami, z wiatrem w oczy.
Ktoś powie, że jednak stoi tu, w nowej kurtce, w nowym wolnym kraju równych szans. Dlaczego, więc czuje na karku ten sam szklany sufit, o który rozbijali głowy jego dziadowie? Oni przynajmniej wiedzieli, że są chamami. Tytusowi przyszło żyć w iluzji sprawczości. Wierzył w te hasła, w te ustawione konkursy na najbardziej kompetentnego i zaradnego, najoczędniejszego i ascetycznego. W rzeczywistości nigdy nawet na sekundę nie opuścił więzienia zwanego habitusem.
W domu rodzinnym wszystko było „ładne” w sposób gotowy, prefabrykowany: powtarzalny wzór, który z daleka udawał wybór, a z bliska zdradzał formę tandety z chińskiej taśmy produkcyjnej. Na komodzie stały lekkie ozdoby z taniego błyszczącego plastiku. Ściany pokryte tapetą w paski — pionowe, bo podobno optycznie powiększają pokój. W grudniu dom robił się najbardziej swój: światełka w oknie, renifer obok czerwonego grubasa z dużym brzuchem i ta sama co roku plastikowa choinka z marketu. Wszystko stało na swoim miejscu, choć nikt tego miejsca nie wybierał: stół przy ścianie, szkło za szybą, obraz w pozłacanej ramie. Zapach był stały — ciepły tłuszcz i płyn do podłóg — i nawet kiedy otwierało się okno, wracał po chwili, jakby miał do tego prawo. W tym wszystkim była jakaś cicha desperacja — nie brzydota, tylko symulacja kultury wytworzonej na poczekaniu – na szybko w supermarkecie.
Kiedy wracał tam w piątek wieczór, nawet zanim zdjął buty, widział to samo napięcie rzeczy: wszystko chce wyglądać na „lepsze”, a jednak układa się w ten sam układ. Stół wciąż stoi tak, żeby nikt nie miał miejsca na gest; krzesła są zbyt lekkie, by ufać im dłużej niż obiad; dywan ma wzór, który już dawno przestał coś przykrywać. I nawet cisza nie jest czysta — przechodzi przez plastik, przez telewizor, przez skrzypiący panel, wraca echem jakby mieszkanie samo powtarzało: tu się żyje na niby, ale do końca.
Z osiedlowego przytułku dla zbłąkanych dusz wychodziła młoda dziewczyna, która od razu przywiodła mu na myśl jego nieudane miłości. Kobiety, które kochał, miały zwykle włosy ufarbowane o jeden odcień za jasno, rzęsy przedłużone, paznokcie żelowe z brokatem. Lubiły nosić legginsy i kurtki z futerkiem przy kapturze, i pachniały słodko — wanilią, karmelem. Nigdy nie uważał ich za głupie, bo choć nie potrafiły mówić o książkach i nie chodziły do teatru Uliczny Harward zdawały z czerwonym paskiem. Zwykle pochodziły z domów o podobnej gęstości. Tak samo jak on uczone jak przetrwać i te same zaciśnięte szczęki, kiedy robi się gorąco, i te same awantury, które zaczynają się od braku miejsca, gdzie można by po prostu usiąść w ciszy. W ich kłótniach było więcej emocji niż słów: traumy jak meble — stoją, choć nikt się do nich nie przyznaje, a gdy próbujesz je przesunąć, zahaczasz biodrem i boli. Tytus rozumiał je aż za dobrze; to było porozumienie dwóch ludzi, którzy nie potrafią się „podziać”, bo całe życie uczyli się zajmować jak najmniej.
Zapach odgrzewanego fast foodu znów doleciał jego nozdrzy. Jego dieta bogata była w tego typu żarło. Burgery z sieciówek, szybkie, tanie i dobre — gruba bułka, słona wołowina, sos, który spływa po palcach. Pizza z dowozem w piątek wieczorem, frytki w papierowym kubku z żółtym M na czerwonym tle, zapach oleju, który przesiąka przez tekturę. Można było się w to wgryźć bez sztućców, bez ceremonii, bez udawania, że jedzenie to coś więcej niż masa zaspokojenia głodu. Przy takich posiłkach przyjemnie było odsapnąć, nikt nie wymagał poprawnej postawy, odpowiednich słów, ani miękkiego obycia, które przychodzi dopiero wtedy, gdy nie musisz liczyć do końca miesiąca.
Z zaparkowanego blisko Suzuki Swift dolatywała ich muzyka, której słuchał zwykle na słuchawkach. Rap – ludowy przekaz o walce, pieniądzach i samochodzie — nie jako fantazję, tylko jako słownik, którym opisuje się świat, kiedy świat jest twardy. Refreny były jak poręcze: łapiesz się ich, kiedy idziesz w dół, i nie rozbijasz się całkiem. muzyka, która nie pyta, tylko pcha rytmem do przodu. Tytus łapał się na tym, że zna refren, choć nie pamięta, skąd. Wstydził się, że nie zna sztuk wyższych, nie dlatego, że był „za głupi”, tylko dlatego, że jakoś nigdy się nie złożyło tak by na nią trafił. Wychodzi na to, że to one nie znały jego — nie trzymały mu otwartych drzwi.
I tak, stojąc w tej nowej kurtce kupionej na raty karty kredytowej babci, czuł, że najtrudniejsze to nie jest przestać być biednym. Najtrudniejsze jest przestać być rozpoznawalnym przez własne rzeczy, własne odruchy i własne „ładnie”, które wciąż okazuje się tylko wersją z katalogu. Habitus działa jak mikro plastik: wchłania się nie postrzeżenie — a jednak zostaje w ciele na lata, bo nie ma jak go usunąć.
W zgodzie z nim latami z dnia na dzień. Godzina po godzinie przepuszczał czas przez palce jak drobny piasek, wykonując czynności, które nie składały się w żadną całość, w żadną budowlę. Dorywcza robota, jeden przelew, jeden wieczór, jedna flaszka, jeden poranek. Marzył o konstrukcjach wymagających precyzji, uporu i bliskości, których on nigdy nie zaznał, bo nikt wcześniej nie stawiał takich w rodzinie.
Jego rówieśnicy, ci z lepszych domów, już dawno zatkali swoje sieci. Już łowili. Stary, nudny kapitał: rodzice, kontakty, studia, mieszkanie na start. A on? On stał tutaj, w oparach ziołowego haju, który miał być smakiem wolności, a był tylko znieczuleniem przy amputacji przyszłości.
– …i wtedy mu zajebałem – zakończył Kseb, rechocząc.
W głowie Tytusa zapaliła się kontrolka. Czerwona dioda na pulpicie sterowniczym, gdzieś między płatem czołowym a układem limbicznym. Procedura „Wegetacja” osiągnęła punkt krytyczny.
Tytus rozejrzał się dokoła. Neon sklepu brzęczał jak uszkodzona świetlówka w prosektorium.
Więc tak to wygląda, pomyślał. Stalowy porządek rzeczywistości. Nie przebije go uśmiechem ani marzeniem. Wszedłem w ślady przodków, myśląc, że idę własną ścieżką, a tak naprawdę kręciłem się w kółko w tym samym bagnie. Jestem w złym miejscu. Każda sekunda spędzona z tymi ludźmi była inwestycją w klęskę.
Dym z lufki Kseba unosił się prosto do góry, w stronę szarego nieba, ignorując grawitację. Tytus widział, jak żelazna obręcz na jego czole – ta sama, którą nosili jego przodkowie orzący cudze pole – zaciska się mocniej. Jeśli teraz nie zrobi kroku, zastygnie tu jak owad w poxy, stając się częścią krajobrazu przaśnego przedmieścia, kolejnym elementem infrastruktury biedy.
„Chujowo, ale stabilnie” – tak mawiał Kseb i może miał rację? Może nie warto podważać tego co już jest, jeśli można na tym polegać?
Skopcony umysł, zamiast otulić go błogością, niespodziewanie zaczął szeptać mu bilans zysków i strat. Czerwone słupki. Debet życia. Poczuł się uwięziony, fizycznie ściśnięty między ścianą sklepu a beznadzieją kolegów. Nie miał pojęcia, jak wstać z kolan, skoro nawet nie zauważył, kiedy na nie upadł. Ale wiedział jedno: to czekanie nie zaprowadzi go nigdzie, chyba że do kolejnej flaszki i kolejnego poranka pełnego żalu.
– Muszę spierdalać, nara – rzucił.
To pożegnanie wydawało się obce w jego buzi, jakby wypluł kamień. Kseb nawet nie przestał się śmiać, zadowolony ze swojego bezrefleksyjnego trwania nie uwierzył, że to jakakolwiek trwała deklaracja. Mały kiwnął głową i zbił dźwięczną pionę. Tytus odwrócił się na pięcie. Chodnik pod jego stopami przestał być płaski. Stał się pionową ścianą. Pierwszy krok był najtrudniejszy. Mozolna wspinaczka po ścianie biedałezpadołu właśnie się dla niego zaczęła.